Rzadko zabieram głos na temat aktualnych spotkań łódzkiego Widzewa, jednak po meczu z poznańskim Lechem trudno przejść nad tym, co się wydarzyło, do porządku dziennego.
Być może jestem starym, rozkapryszonym kibicem, który wychował się na mistrzowskim Widzewie lat osiemdziesiątych, a ukształtował się na Widzewie lat dziewięćdziesiątych. Widzew wiele spotkań wygrywał w końcówkach, „męczył” rywala do ostatnich chwil. Wczoraj po raz kolejny to nasza drużyna przegrała w ostatnich sekundach spotkania.
Nie mam ogromnych pretensji do Bartłomieja Drągowskiego, ponieważ kilka chwil wcześniej fantastyczną interwencją po rzucie wolnym uratował Widzew przed utratą bramki. Mam jednak pretensje do naszego szkoleniowca. Moim zdaniem Widzew Aleksandara Vukovicia po wyrównującej bramce Mariusza Fornalczyka „zaciągnął ręczny” i cofnął się do rozpaczliwej obrony. Być może po porażce w ostatnich sekundach moje odczucia są zbyt emocjonalne, ale przemawiają za nimi również statystyki.
Od wyrównującej bramki w 53. minucie do końca spotkania Lech oddał siedem strzałów. W tym samym czasie Widzew oddał... jeden. Był to strzał Giannisa Papanikolaou. Kolejną statystyką potwierdzającą moje spostrzeżenia jest liczba rzutów rożnych. Po golu Fornalczyka Lech zdeklasował Czerwono-Biało-Czerwonych w tym elemencie gry 6:0.
Trudniej dokładnie określić posiadanie piłki od momentu zdobycia bramki na 2:2, ale chwilami miałem wrażenie, że nasi zawodnicy byli przy niej niewiele częściej niż młodzi chłopcy Widzewa odpowiedzialni za jej podawanie po opuszczeniu boiska. Przepraszam za być może zbyt ostre porównanie, ale dobiegające z trybun okrzyki: „Widzew, co wy robicie?” chyba najlepiej oddawały to, co wówczas czuli kibice.
Odniosłem wrażenie, że gdyby nasz szkoleniowiec mógł zakończyć spotkanie w 53. minucie remisem, zrobiłby to bez zastanowienia i uznał taki wynik za sukces. Niestety podobne odczucia miałem w zeszłym sezonie po spotkaniu na Łazienkowskiej. Widzew od pierwszych minut sprawiał wrażenie zespołu, który marzy o remisie. Marek Papszun walczył natomiast do końca o trzy punkty. W doliczonym czasie gry, przy rzucie wolnym, posłał nawet swojego bramkarza w pole karne Widzewa. Chciał wygrać — i wygrał. My marzyliśmy o remisie — i przegraliśmy.
Widzew to nie jest miejsce na minimalizm i przeciętność. Aktualny właściciel klubu zainwestował ogromne pieniądze, a piłkarze i sztab szkoleniowy mają stworzone warunki do osiągania zdecydowanie lepszych wyników. Niestety na razie nie przekłada się to ani na rezultaty, ani na pozycję naszego zespołu w lidze. Po sześciu kolejkach Widzew ma sześć punktów i zajmuje trzynaste miejsce. Kibice Widzewa nie wybaczą kolejnego sezonu, w którym Czerwono-Biało-Czerwoni będą walczyli o utrzymanie do ostatnich kolejek.
Jeżeli Aleksandar Vuković nadal chce zasiadać na ławce trenerskiej Widzewa, to w dwóch najbliższych spotkaniach musi udowodnić, że wie, co zrobić, aby Czerwono-Biało-Czerwoni zaczęli seryjnie wygrywać. Widzew nie może jedynie „przepchnąć” spotkania Pucharu Polski z Koroną Kielce. Nie może zadowolić się bezbramkowym remisem i awansem wywalczonym dopiero w serii rzutów karnych. Także ligowe spotkanie z Radomiakiem w Sercu Łodzi musi przynieść trzy punkty.
Jeżeli w tych dwóch meczach Widzew nie pokaże, że potrafi narzucić rywalowi swoje warunki, obawiam się, że w 8. kolejce, gdy Łodzianie pojadą na Łazienkowską, znów marzeniem będzie remis.
Czy w przypadku odpadnięcia z Pucharu Polski oraz kolejnego słabego występu ligowego Aleksandar Vuković powinien nadal zasiadać na ławce trenerskiej Widzewa? Czy widzicie szansę na poprawę wyników i gry naszej drużyny?